Reasumując całość wiedzy jaką posiadamy o Lindleyach i filtrach i nie jest to wiedza stricte historyczna.
1. 1. Goniec opowiadał o tym, że w trakcie przebudzenia widział sieć filtrów i kanały i są zbudowane nie tylko po to, aby filtrować wodę. Mają magiczny wpływ na filtrowanie otchłani w Warszawie.
2. Z informacji, które mam badając moje drzewo genealogiczne. Moja babcia nie ta w Warszawie ma na nazwisko panieńskie Heerlein i urodziła się w Wrocławiu. Natomiast Julia Heerlein, która pochodziła z Franfurktu nad Menem była żona Williama Lindleya Ojca. Wiem, że rodzice babci pochodzili stamtąd i , że przekopałem bardzo dużo dokumentów ale nie mam 100% dowodu, że jestem spokrewniony z nimi. Jest to tak jakby poucinane, poczyszczone. Jestem w 99% procentach tego pewien, że guardiani to ucinali. Możliwe, że Lindley ojciec albo któreś z dzieci było magiem. Według tego co jestem w 99% pewien Lindley miał jednego syna więcej niż jest to wiadome, czyli czterech synów i córkę.
3. Po wycieczce na filtry wiemy, że filtry wyglądają w naszym świecie normalnie natomiast w cieniu jak forteca i jest tam jakieś zwierzę smokopodobne. Jest to jak wiemy kryptyda, czyli według Meri może być to np. Bazyliszek. Rany, które pozostawiło na nodze Neo to zwierze źle leczą się magicznie.4. 3 lipca 1886r o 12:00 William Heerlein Lindle
y nadzorował uruchomienie filtrów natomiast jego majster był na 101% magiem i co jest niepokojące albo ma jakieś 160 lat i nadal żyje, albo wiedział wtedy że będę patrzył na niego i uruchomił 125 lat później alarm.
Czy ktoś może mi zupełnie szczerze odpowiedzieć, czemu zawsze musimy wpakować się w jakiś kanał?
OdpowiedzUsuńInni młodzi magowie, mają mniej przygód, a przynajmniej procent wypadków w otoczeniu, ataków dzikich stworzeń i uzbrojonych bomb, wydaje się znacznie mniejsza.
Choć może się mylę, bo nie mamy kontaktu z magami, którzy ZGINĘLI, może ich spotykały podobne przygody, z podobną intensyfikacją.
I wiecie co? Wcale, a wcale nie chcę podążyć tą samą ścieżką. Lubię swoje życie, i chciała bym jeszcze przez pewien czas się z nim nie rozstawać.
Jakieś pomysły? Może jednak spróbujemy przesunąć zajęcia z rzucania zaklęć, na nieco wcześniejszy termin? Nie wiem jak wam, ale mi się wydaje, że to może nieco nam pomóc, nie zginąć.
PZDR
przestraszona Aleks
Trochu ponuro żartując, przyczepił mi się ten ton przez szpital, to brakuje nam morosa by z tymi magami którzy mieli atrakcyjniejsze przygody się rozmówić. :-P
OdpowiedzUsuńA tak na serio, o ile nie wiem co się działo i o co chodzi z tą bombą, ale jak pisałem w lekkiej malignie ze szpitala, dobrze rozumiem o co ci chodzi. Pomijając ostatniego wilkołaka , zaliczyłem w ciągu ostatnich miechów reanimację w cieniu i minę przeciwpiechotną. Ciekawie jak na faceta którego największym dangerem było podtopienie i klepnięcie bomem.
Też chcę żyć. A problemy jak nas scigały przed Przebudzeniem, tak nadal nam siedzą na łbie. Tyle że groźniejsze.
Jak dla mnie problem nie leży w opanowaniu rzucania zaklęć. Tylko w koordynacji wzajemnych działań kiedy idzie o naszą skórę.
Zaznaczę od razu że nie chcę się wywyższać czy wymądrzać, ale opanowałem naprawdę nieźle podstawowe poziomy swoich arkan, skacząc poza skrypt w wielu miejscach. Sporo przetrenowałem solidnie. Ciężko mi łapać jak inni dają radę, bo niektóre arkana, jak umysł na przykład, są o wiele subtelniejsze. Z tego co widzę chyba goniec też nieźle wali tym co jest widoczne. Podczas walki z wilkołakiem moją personalną bolączką był brak many, a nie ogania.
Za to nie wiemy jak ze sobą współdziałać. Jakie są nasze możliwości, jakie zaklęcia mogą wspierać czyje. Co robić kiedy spotykamy zagrożenie, często wyłazi nam tak że każdy sobie sterem i kapitanem. Gadałem o tym z Neo, wychodziło to na pierwszym szkoleniu strzał.
Ja bym widział to tak:
1)Wwalić ogólną listę możliwości naszych arkan w sytuacji zagrożenia. Kto co umie dobrze i będzie w stanie czarować pod stresem. Zaklęcia które splecie nie zastanawiając się długo.
2)Kiedy spierdalamy, a kiedy stajemy i napierdalamy. Ciężko to ustalić, ale trzeba. Jeśli część robi jedno, część drugie, to może się nie udać i jednym i drugim.
3)Ustalić parę możliwych scenariuszy i kto jaką w nich rolę pełni. Kto robi za odciągacza, jakby wianie szło źle. Kto zbiera bęcki by reszta mogła wspierać i załatwić zagrożenie.
4)Przetrenować to na sucho. I tak wszystko się w życiu miesza, ale odruchy pozostają. Jak wszyscy na łajbie wiedzą co mają robić wcześniej, to gdy zaczyna się robić ostro szanse że ludzie się ogarną są o wiele większe niż bez treningu i wyjaśniania.
5)No i pewnie trzeba by osobny temat założyć.
Ale nie dziś , ledwo co wylizłem i łepetyna mnie nap... że aż strach:/.
Fajnie JJ.
OdpowiedzUsuńMiło, że na to wpadłeś, ale kilka tygodni temu pisałam, coś bardzo podobnego w temacie "Celowość działań", nie było odzewu.
Mam nadzieję, że tym razem coś się ruszy.
"2. Wciąż nie potrafimy zachować się w chwili niebezpieczeństwa. Powinniśmy z góry określić, jakimi możliwościami każdy z nas dysponuje, by jakoś narzucić role i zachowania w takiej sytuacji.
Nie potrafię się bić, jedyne co mogę to delikatnie wpłynąć na przestrzeń i emocje, nie zawsze mi to wychodzi. Ostatnio udały mi się jedynie dwa czary, zmiana toru uderzenia szpadla i delikatny wpływ na drugiego dresa, sugerujący, że jesteśmy tu przypadkiem (ja i Neo). Nic więcej mi nie wyszło. Widziałam, jak Neo walczy i jak Goniec strzela. Nie wiem czego próbowała reszta i z jakim skutkiem. Jeżeli możecie napiszcie.
Na pewno, najlepiej jest się zmyć niezauważenie, ale szybka ucieczka zwykle u drapieżnika powoduje większą agresję i szybszą reakcję. Łatwiej też zauważyć ruch, czyli biegnących. Ucieczka także sugeruje, że widziało się COŚ. Chyba lepszym rozwiązaniem w takiej sytuacji, gdy jeszcze przeciwnicy nas nie widzieli, jest spokój i odejście z miejsca zbrodni. Nie wiem, chodzicie na szkolenie strzał, czego was uczą w takich sytuacjach???"
Całkowicie zgadzam się z Alex. Zobaczyliśmy wystarczająco dużo by się zorientować jak bardzo niebezpiecznie jest w Warszawie. Kontynuowanie nauki i egzaminy powinny być naszym priorytetem.
OdpowiedzUsuńBo im później się za to zabierzemy, tym bardziej sobie szkodzimy.