wtorek, 11 stycznia 2011

Sen Siddal

Śniło mi się, że jesteśmy na zaprzysiężeniu. Stoimy w olbrzymiej sali, nad naszymi głowami rozpościera się nocne niebo. Wszyscy patrzą na nas z wyczekiwaniem. W końcu nabieramy odwagi i ruszamy w kierunku kadry nauczycielskiej. Prawie potykam się o coś, biały kłębek toczy się, a za nim kociak, skrada się, przeskakuje między naszymi nogami, jakby mijał konary drzewa. Dopada nić, drapie zawzięcie, podrzucał kolejne włókna, wbija pazurki, ale nić nie chce go puścić, trzyma mocno, kociak nie miauczy, nie wydaje dźwięku, tylko siedzi w tym makaronie, i czeka, aż ktoś go zje. Potykam się znowu, o nić, a może makaron, nie wiem. Idę dalej. Jest tam dziekan, kanclerz i jacyś profesorowie, których zupełnie nie kojarzę. Im bliżej podchodzimy, tym wszystko staje się jaśniejsze, bardziej wyraźne.

Przed dziekanem, na podwyższeniu leży wielki kapelusz, takie kolorowe sombrero z dzwoneczkami i wstążkami. Nie pamiętam dokładnie co mówili, jakieś mowy wzniosłe, ale nie pamiętam. Potem po kolei na głowę każdego z nas zakładali kapelusz, a on coś mruczał, kaszlał, a potem dziekan zakładał, każdemu z nas szalik były 4 kolory: pomarańczowy Emilia i Klisza, zielony JJ i Neo, błękitny Goniec, a ja miałam czerwony, a potem zauważyłam, że po wewnętrznej stronie szala jest rysunek renifera z czerwonym nosem. Uśmiechał się do mnie, więc też się uśmiechnęłam.

Potem ktoś rzucił, że kobiety to zdziecinniałe idiotki, a ja się zdenerwowałam. Ten chłopak, zaczął jeździć po mnie i Emili. Przytuliłam do siebie renifera, spojrzałam na jego poroże, ale to nie było poroże renifera, to nie był już renifer, to diabeł uśmiechał się do mnie. I coś się zmieniło, podeszłam do tego kretyna i uderzyłam, i chyba on, albo ja. Nie wiem kto. Po chwili staliśmy na stole, a on miał laskę, która zmieniła się w węża. Tylko, że to nie był taki zwykły wąż, tylko żółto fioletowy żelkowy wąż. Gdyby był zwykły, to bym go opanowała, ale nie potrafię wpływać na żelkowe węże, bo one nie mają umysłu. Rozglądałam się nerwowo, szukając pomocy. Spojrzałam w te wielkie okna, a tam, na podwórzu stała studnia, wąska wielka studnia, jej cembrowina prawie dotykała nieba. Ktoś coś krzyknął, i on, ten wąż, zaczął sunąć w moim kierunku, i prawie już dotykał moich stóp. Byłam boso, i miałam tylko majtki z hello kity, i wszyscy z komisji patrzyli tylko na te majtki. Na kartę diabła i na majtki, a potem się obudziłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.